Marrakesz to raj dla fotografii ulicznej. Ale też i piekło.
Ciasne uliczki mediny zamykają perspektywę, prowadzą wzrok w głąb kadru i zmuszają do pracy bardzo blisko ludzi. Światło wpada tu gwałtownie, tnie przestrzeń ostrymi kontrastami, a czerwone, gliniane mury miasta odbijają ciepłe tony, nadając scenom niemal malarski charakter. To miasto żyje kolorem – od wypłowiałych ścian po intensywne barwy tkanin i przypraw. Ja je nazywam Indiami 1.0

Marakesz jest głośny, chaotyczny i intensywny, ale ma w sobie hipnotyzujący rytm, który wciąga z każdym kolejnym krokiem. To miasto sprzeczności – duchowe i handlowe, piękne i męczące jednocześnie.

Jednocześnie fotografia uliczna w Marrakeszu wymaga wyczucia. Wielu mieszkańców nie chce być fotografowanych, a aparat szybko przyciąga uwagę. Trzeba poruszać się powoli, obserwować, czekać. Stoiska z ręcznie robionymi wyrobami – skórami, lampami, ceramiką – tworzą wizualny chaos, który jest zarówno wyzwaniem, jak i ogromną szansą na mocny kadr. W tym mieście nic nie jest dane od razu. Każde zdjęcie trzeba tu dosłownie wywalczyć – światłem, cierpliwością i szacunkiem.

To miasto sprzeczności – duchowe i handlowe, piękne i męczące jednocześnie. W bocznych ulicach działają lokalne jadłodajnie, daleko od turystycznych tras, gdzie przy plastikowych stołach toczy się prawdziwe, codzienne życie miasta.

Tego miasta nie da się opisać ani obejrzeć z daleka. Trzeba tu przyjechać, wejść w jego rytm i zawalczyć o swoje kadry – cierpliwie, z szacunkiem i otwartymi oczami.