
Sebt Ben Sassi żyje raz w tygodniu. W sobotę. Od świtu na plac targowy schodzą się ludzie. Pieszo, na mułach, na motorach. Kurz szybko wisi w powietrzu. Światło jest niskie i twarde. To dobre miejsce dla fotografa. Twarze są niepozowane. Ruchy szybkie. Nikt nie patrzy w obiektyw. Handel dzieje się bez scenografii. Wizualnie to inny czas. Kilkadziesiąt lat wstecz.
Stragany z przyprawami i nasionami stoją gęsto. Kmin, papryka, kurkuma. Worki z pszenicą i jęczmieniem. Wszystko otwarte, sypkie. Kolory ziemi. Kurz osiada na towarze i na aparacie.










Dalej jedzenie. Prowizoryczne grille. Blachy nad ogniem. Sardynki, mięso, tłuszcz. Dym miesza się z zapachem przypraw. Sprzedaje się też rzeczy codzienne. Używane buty, plastikowe wiadra, narzędzia, części do motorów. Leżą na ziemi, na kocach, na deskach. Ktoś coś przynosi, ktoś zabiera. Bez pośpiechu.











Kadry układają się same. Warstwy ludzi, zwierząt i towaru. Przód, środek, tło. Cienie przecinają twarze. Kurz zamyka plan. Nie trzeba szukać tematów. Wystarczy stać i czekać.





Jest głośno. Chaos. Nawoływania, metal, zwierzęta. Nic nie jest uporządkowane, ale działa. Sebt Ben Sassi leży blisko Marrakeszu, ale rytm ma własny.
Wraca się z brudem na butach i kartą pamięci pełną obrazów. Bez komentarza. To nie jest pokaz. To zwykła sobota.











