Projekt „Dzielnicy" to fotograficzna, autorska próba uchwycenia, uwiecznienia i wypromowania wyjątkowych ludzi – tytularnych Dzielników – oraz miejsc, które tworzą. Ma ukazać szerszej publiczności wrośnięte w tkankę lokalnej społeczności sklepy, księgarnie, jadłodajnie, punkty usługowe czy miejsca kultury. Pokazując twarze Dzielników, pokazujemy ich historię, pasję, kunszt rzemiosła i etos mieszczańskiej pracy, który dziś, w świecie wielkich korporacji, staje się rzadkością. Projekt zwraca uwagę także na fakt, że lokalna przedsiębiorczość stopniowo zanika, i chce zachęcić mieszkańców do jej wspierania. Wystawa odbyła się w Domu Harcerza w Krakowie.
W Krakowie, gdy mówisz «kantor», myślisz Baksy. Była połowa lat 90., rzeczywistość w Polsce zmieniała się diametralnie, w końcu można było swobodnie podróżować, ale w Krakowie nadal nie było gdzie wymienić walut. Wtedy pojawił się on – nowoczesny kantor z prawdziwego zdarzenia, z uczciwym podejściem do ludzi i pieniądza. Zaufanie, jakimi obdarzyli go klienci, sprawia, że od prawie trzydziestu lat ustawia się do nich kolejka – ludzie stoją na chodniku od otwarcia do zamknięcia lokalu! Przez lata firma bardzo się rozwinęła, wprowadzając do oferty m.in. pożyczki pod zastaw i sprzedaż złota oraz biżuterii, a także stale angażując się w akcje pomocowe dla najbardziej potrzebujących.




Jeden z najdłużej działających w dzielnicy punktów usługowych, i jedyny zakład zajmujący się złotnictwem i konserwacją oraz naprawą zegarów. Istnieje niezmiennie w tym samym miejscu od powstania bloku w latach 70. Tu Krowodrzanie przychodzili po ślubne obrączki lub naprawiać rodzinne zabytkowe zegary, a w latach 90. wymieniali tu paski czy baterie w pierwszych Casio otrzymanych na komunię. Wszyscy mistrzowie w zakładzie są wykształceni kierunkowo, wcześniej pracowali w Spółdzielni TRUD. Swoją pracę wykonują z pasji do dziś, mimo przejścia na emeryturę. Nie mają następców – ich fach to zawód zanikający.







W latach 70., gdy państwo Figowie zaczynali w branży, wszyscy chodzili w futrach i chcieli mieć futra. Taki był trend. Swój pierwszy lokal otworzyli jeszcze na Karmelickiej, gdzie przychodziło pół Krakowa, i bogacze i zwykli ludzie, którzy marzyli o odrobinie luksusu. Szyli także dla teatrów np. Starego. Zatrudniali sporą załogę. Żeby uszyć płaszcz czy kożuch od zera, potrzebują kilku dni, ale kiedyś czekało się nawet rok, takie były kolejki. Teraz trend jest odwrotny, a zamiast prestiżu jest strach, bo klientki boją się już wychodzić w futrach na ulicę. Jest jeszcze garstka stałych, wiernych klientek oraz osób, które przychodzą z drobiazgami. Panowie głównie wykańczają kołnierze, z lisa lub jenota. Kuśnierze swoją pracę nadal wykonują z pasją i uśmiechem, to całe ich życie.




Chyba każdy mieszkaniec Krakowa lub student był choć raz w Kinie MIKRO. Tu zawsze wyświetlano filmy ambitne i oryginalne, można było zdobyć plakat z ulubionej produkcji, albo spotkać kogoś z tzw. towarzystwa filmowego. Na seanse do MIKRO chadzał Roman Polański z siostrą, a w korytarzu kina wiszą zdjęcia znanych filmowców, którzy odwiedzali to miejsce. Mało kto dziś jednak pamięta, że MIKRO powstało jako kino milicyjne, początkowo zamknięte dla szerszej publiczności. Miejsce do '82 roku pozostało pod milicyjną kuratelą, później przejęła je miejska instytucja sprawująca pieczę na kinami. Początek lat 90. przyniósł zmiany, odbył się tu m.in. II Festiwal Kultury Żydowskiej, w Polsce zniknęła cenzura, szerszą falą napłynęły filmy zachodnie. Kino MIKRO nigdy nie straciło charakteru kina studyjnego, z niepowtarzalnym klimatem małych sal, bez popcornu, za to z doskonałą publicznością kinomaniaków.





Małżeństwo państwa Lipiarskich w gastronomii pracuje praktycznie od zawsze. Doświadczenie zdobywali prowadząc przez kilkanaście lat stołówkę szkolną. «Smak» to kawał krowodrzańskiej historii, istnieje od 40 lat, niezmiennie mieszcząc się w budynku Instytutu Odlewnictwa, na Wrocławskiej. Miejsce od 5 lat jest w rękach nowych właścicieli, którzy dbają, by to, co w «Smaku» najlepsze, pozostało jak dawniej. – Nasi goście to w większości seniorzy, 60- i 70-latkowie, a niektórzy przekroczyli już 90-tkę. Im donosimy posiłki do mieszkania – mówią właściciele. Odświeżone menu przyciągnęło też nowych klientów, głównie studentów, którzy doceniają tu smaki prawdziwego, domowego jedzenia.




Wszystko zaczęło się na ul. Mazowieckiej, gdzie Karol Uznański posadził swoje pierwsze warzywa. W latach 50., już na ul. Przeskok, rodzina uprawiała m.in. kalafiory, pomidory i ogórki, najpierw w gruncie, a potem w szklarniach. O mały włos na terenie dzisiejszego Ogrodu stałyby bloki, ale historyczne miejsce, od stuleci słynące z dobrych ziem oraz cenionych przez królów i krakowian ogrodów, dzięki staraniom pani Jadwigi Uznańskiej, ocalało, tworząc w mieście zieloną enklawę. Przez lata wyrastały tu następne pokolenia Uznańskich – łobzowskich «badylarzy», i nowe odmiany roślin, tym razem już kwiatów, krzewów i bylin. Dla wielkich ogrodów lub małych ogródków na parapetach.



Jedna z najstarszych księgarni w Krakowie. Od lat 60. we wrześniu i październiku na Królewskiej ustawiały się kolejki uczniów i studentów, którzy zaopatrywali się tu w książki i przybory naukowe. Do dziś, każdy, kto tu przychodzi, przenosi się niejako do przeszłości, bo tutaj czas zatrzymał się w dobrym tego słowa znaczeniu. W powietrzu czuć ukochany przez moli książkowych zapach świeżego druku, i niezmiennie od samego początku działalności, pracują tu ci sami księgarze. Co dziś już prawie się nie zdarza – wszyscy pracownicy MUZY II są nimi z wykształcenia i pasji. To świetni doradcy i specjaliści w swojej dziedzinie. Kupując książki w MUZIE II można porozmawiać o praktycznie każdej pozycji czy autorze.





Rodzinna gastronomia dobrze znana mieszkańcom nie tylko Krowodrzy, ale też całego Krakowa. Gdy zaczynali, jeszcze w PRL-u, «Wolański» był drugim lokalem w Krakowie, który serwował… pizzę, co było wówczas kulinarną nowością i sensacją. Sprzedawali jej więc nawet tysiąc sztuk dziennie! Jak wspominają «na początku była tylko pizza, żurek i woda firmowa». Dziś specjalnością zakładu nadal jest żurek, a także wyśmienita wątróbka z cebulką i kotlet schabowy. Skład zespołu pracowników jest niezmienny praktycznie od samego początku istnienia tego miejsca. Niektórzy goście przychodzą tu regularnie od 30 lat, nie jak do baru, ale jak do przyjaciół.




Pomysł na zakład krawiecki narodził się w USA, gdzie w latach 80. pani Irena spędziła siedem lat. Jak wielu Polaków, wyjechała za chlebem. Pracowała przy poprawkach krawieckich dla ludzi otyłych, wysokich lub nietypowych. Pierwsze, co zrobiła po powrocie do kraju, to założyła własny punkt krawiecki – najpierw dla puszystych pań, później – dla wszystkich. Przez przeszło 20 ostatnich lat z panią Ireną pracowała pani Mariola, utalentowana krawcowa. Do «Jasiowej» przychodziło się jednak nie tylko po usługi – miejsce było prawdziwą instytucją, towarzyskim centrum informacyjnym. Było, bo wraz ze zmianą właściciela budynku, po 32 latach zakończyło niedawno działalność. Pani Irenie brakuje dziś ludzi, a Krowodrzanom, zakładu u Jasiowej.




Kiedyś, w narożnej kamienicy przy Konarskiego, znajdował się sklep spożywczy, do którego ustawiały się długie kolejki. Wielu Krowodrzan wspomina go z rozrzewnieniem, bo ubarwił ich dzieciństwo smakiem landrynek sprzedawanych wprost z wielkiego słoika. Prowadziła go babcia pana Mariusza, który od dziecka jej w tym pomagał. Wychował się za ladą, a handel i usługi weszły mu w krew. W końcu przejął rodzinny interes. Sklep prowadził do 1989 r., kiedy to z dnia na dzień, zgodnie ze swoim wykształceniem, przekształcił go w serwis artykułów gospodarstwa domowego. Jak głosi szyld, można naprawić tu pralkę, odkurzacz, mikser albo ekspres do kawy, ale prawda jest taka, że nie ma takiego sprzętu, którego pan Mariusz już by nie naprawiał.


